Karolina Wita-Banaszak (lat 30) - Kraków

     Mam na imię Karolina, mam 30 lat i jestem szczęśliwą żoną i mamą dwójki wspaniałych chłopców. Piotrek jest 12 letnim, dorastającym chłopcem o dużej inteligencji. Sebastian, czteroletni urwis, jest ogromnie ciekawy świata, a wiedzę pochłania całym sobą. Z zawodu jestem pedagogiem specjalnym - przed chorobą pracowałam w szkole integracyjnej. Kocham swoją pracę i mam nadzieję, że kiedyś do niej wrócę, gdyż uważam, że pomaganie innym daje wiele szczęścia.

​     W listopadzie 2019 roku okazało się, że tej pomocy będę potrzebowała ja. Wydawało mi się, że to zwykłe zapalenie oskrzeli, no w najgorszym wypadku zapalenie płuc. Niestety moje przypuszczenia nie potwierdziły się. Pani doktor wypisała mi skierowanie na zdjęcie rentgenowskie klatki piersiowej, na którym jak się okazało widoczny jest ogromny guz (ok. 17x12x10 cm). Życie wywróciło mi się do góry nogami. Dopiero niedawno pokonałam inną chorobę jaką jest otyłość, przeszłam operację bariatryczną i zeszczuplałam 50 kg, a tutaj musiałam się szykować na walkę z ogromnym wrogiem. W niedługim czasie znalazłam się w szpitalu, gdzie pobrano wycinek do histopatologii. To był jeden z wielu ciężkich momentów na mojej drodze do zdrowienia. Czas oczekiwania na wynik histopatologiczny jest dla człowieka czasem smutku, bólu i zamartwiania się o przyszłość. Po 10 dniach otrzymałam wynik, w którym przeczytałam najgorszą rzecz w moim życiu - pierwotny chłoniak śródpiersia rozlany z dużych komórek B.

​     Jak najszybciej udałam się na prywatną wizytę do lekarza hematologa, który w bardzo szybkim czasie zaprosił mnie do szpitala na rozpoczęcie chemioterapii. Pierwszy kurs rozpoczęłam 14 stycznia 2020 roku. Był to bardzo trudny dzień. Pierwsza linia chemioterapii nazywała się R-chop i wynosiła 8 cykli co dwa tygodnie. Badania PET, które miałam wykonywane podczas leczenia wykazywały tendencję do regresji choroby. Po ostatnim kursie z tej linii okazało się, że choroba owszem wycofuje się, ale te 8 cykli to za mało, aby ją pokonać. Mój profesor zadecydował o wprowadzeniu drugiej linii leczenia. Składać się miała na nią chemioterapia R-ESHAP, radioterapia oraz przeszczep szpiku kostnego. Tym razem już nie było tak łatwo . Chemioterapia była ciężka i wyczerpująca. Bolało mnie już i tak zmęczone ciało. Po skończonym kursie R-ESHAP wykonano kolejne badanie PET, które pokazało dalszą regresję zmian. Radioterapia została zaplanowana na 4 tygodnie. Całe szczęście przeszłam ją praktycznie bez problemu, lekki ból gardła nic poza tym. Następnie zostało zaplanowane pobranie szpiku kostnego. Początkowo przeszczepienie miało odbyć się w szpitalu w Gliwicach, ale z powodu odległych terminów zdecydowaliśmy się na przeszczepienie w Kielcach. Przed wyjazdem do Kielc musiałam mieć świeże badanie pokazujące, że jestem w remisji. Dnia 17 grudnia zostało wykonane kolejne badanie PET, które pokazało, że guz nie jest aktywny metabolicznie, i że mogę bezpiecznie jechać na przeszczep. To miała być ostatnia prosta…W szpitalu w Kielcach wstawiłam się 30 grudnia 2020 roku. Lekarz zajmujący się tamtejszym oddziałem przeszczepowym zainteresował się moją ręką. Ja również zwróciłam już wcześniej uwagę na to, że z prawą ręką dzieje się coś dziwnego. Już 16 grudnia 2020 roku zgłaszałam lekarzowi w Krakowie, że ręka cierpnie, ciężko mi jest utrzymać długopis. Stwierdził polineuropatię i wypisał na nią leki. Dodatkowo 24 grudnia, czyli w samą Wigilię, dostałam dziwnych skurczy na tej ręce. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że były to napady padaczkowe. Po wykonaniu w Kielcach rezonansu magnetycznego okazało się, że w moim mózgu znajdują się dwa guzy. Choroba po raz kolejny pokazała, że jest silniejsza. Jak to możliwe, że w grudniu badanie PET dało mi taką nadzieję, że będę zdrowa, że to już koniec, a w styczniu okazuje się, że od nowa muszę
podjąć kolejną walkę- tym razem trudniejszą, gdyż choroba wybrała centralny układ nerwowy.

​     Ze szpitala w Kielcach zostałam wypisana, a następnie przyjęta z powrotem do mojego macierzystego ośrodka, gdzie miałam rozpocząć kolejne kursy chemioterapii. Przed rozpoczęciem trzeciej linii leczenia usłyszałam, że mam 25% szans, aby żyć. Postanowiłam znowu podnieść się z kolan i rozpocząć kolejną walkę. Kolejna nazwa cyklu chemioterapii miała dość przewrotną nazwę MATRIX. Jest to bardzo ciężka chemioterapia, wyniszczająca układ odpornościowy i wymagająca bardzo długich pobytów w szpitalu, około trzech tygodni. To był ciężki czas, i dla mnie i dla mojej rodziny, ponieważ wtedy moim domem był raczej szpital. Wymagało to ode mnie dużego samozaparcia. Nudności, wymioty, brak apetytu, łuszcząca się skóra, a przede wszystkim brak kontaktu bezpośredniego z rodziną z powodu pandemii było czymś ciężkim dla mnie. Przyjęłam trzy cykle tej chemioterapii. Gdy przyszłam na czwarty cykl, w szpitalu dostałam bardzo długi atak padaczkowy trwający dwie godziny. Już wiedziałam, bez badania, że coś jest nie tak. Lekarze zlecili rezonans magnetyczny, który wykazał, że nastąpiła progresja zmian w mózgu. Świat po raz kolejny mi się zawalił. Strach o dzieci, o męża, o to jak sobie poradzą, gdy mnie zabraknie - nie życzę
nikomu, aby musiał o tym myśleć. W związku ze zmianą sytuacji zmieniono strategię mojego leczenia i postanowiono o rozpoczęciu radioterapii mózgu, a później o leczeniu nie refundowanym. Tym lekiem jest Ibrutinib, który działa bezpośrednio na komórki nowotworowe.

     W tamtym momencie profesor zalecił mi, abym założyła zbiórkę pieniędzy na którejś ze stron internetowych, ponieważ potrzebne mi będzie 60 000 zł, miesięczny koszt leczenia to 15 000 tysięcy. Mój mąż bardzo zaangażował się we wszystko. Założył zbiórkę i rozpoczęło się rozsyłanie linku. Okazało się, że na świecie jest wiele ludzi dobrej woli, którzy mają dużą chęć pomagania innym, udało mi się zebrać wymaganą kwotę. W związku z planowanym rozpoczęciem radioterapii postanowiono wykonać mi test na covid-19. Jaka byłam zdziwiona, gdy okazało się, że wynik testu jest dodatni. W związku z tym nie mogłam być przyjęta na krakowski oddział radioterapii, ale dzięki Bogu, w Tarnowie okazało się, że jest szpital, który ma oddział radioterapii, gdzie przyjmują pacjentów z covid. Dzięki temu mogłam mieć zaplanowaną radioterapię wraz z wykonaniem maski i nie traciłam czasu na to, żeby wyzdrowieć z koronawirusa. Po 10 dniach izolacji w szpitalu wróciłam do domu na weekend majowy. Po weekendzie majowym wróciłam z powrotem do Tarnowa tym razem nie na oddział covidowy tylko na oddział radioterapii. Radioterapia trwała 3 tygodnie. Miałam naświetlany cały mózg wraz z oponami. Brałam mnóstwo sterydów, które powodowały, że nie mogłam spać i byłam poddenerwowana. W końcu po trzech tygodniach nadszedł upragniony powrót do domu. Tydzień później byłam już z powrotem u swojego profesora i rozpoczęłam leczenie Ibrutynibem. Po dwóch miesiącach od radioterapii głowy został wykonany rezonans magnetyczny, który wykazał regresję zmian w mózgu. Czyli działanie radioterapii i Ibrutynibu jest skuteczne.

​     Problem w tym, że muszę przyjmować ten lek przez co najmniej 2 lub 3 lata. Roczne koszty leczenia to 154 000 zł. Rehabilitacja ręki, która jest słaba po wielu atakach padaczkowych oraz wiele leków, które muszę przyjmować to dodatkowe koszty. Po prostu mnie nie stać na to, aby żyć. Na razie mam pieniądze z poprzedniej zbiórki, ale ich wystarczy na zaledwie 4 miesiące. Moje dzieci są jeszcze małe potrzebują mnie. Potrzebują mamy, która pokaże im jeszcze kawałek świata i nauczy jak być dobrym dla innych. Moim marzeniem jest jeszcze kiedyś wrócić do pracy, nauczać, rozwijać pasje moich uczniów. Tęsknię za tym… Gdy inni pytają czego mi życzyć, mówię zdrowia. Wszystko inne już mam. Teraz codziennie rano budzę się i dziękuję za to, że znów otworzyłam oczy. Proszę o pomoc w uratowaniu mojego życia.

Pomóc Karolinie możesz dokonując wpłaty na konto :
Fundacja Licytuje-Pomagam
mBank 21 1140 2004 0000 3102 7936 0227
Tytułem ,, Darowizna dla Karoliny 110821’

Darowizny